Miło mi Cię powitać w moim małym świecie :)


Miło mi Cię powitać w moim małym świecie :) W mojej Krainie Szczęśliwości...


czwartek, 13 lipca 2017

Co warto zobaczyć w Albanii ? (Ksamil, Saranda, Blue Eye, Gjirokastra)

Zacznę może od tego, że w takie miejsca nie wyobrażam sobie podróżować bez aparatu.
Jest tyle wspaniałych miejsc do zobaczenia, do uwiecznienia,
a jak wiemy, nasza pamięć bywa ulotna.
Poza tym uwielbiam wracać do tych fotografii i jeszcze raz poczuć się jakbym tam była :)

Co za tym idzie - mam milion zdjęć,
Wam pokażę jedynie 1500 ;)
No to zaczynamy od miejsca, w którym spędziliśmy najwięcej czasu,
miejscowości, do której docieramy autokarem wkrótce po przycumowaniu promu w Sarandzie.
O samym Ksamilu możemy przeczytać,
że to niewielka, nadmorska miejscowość w południowej części Albanii,
 w okręgu Saranda, obwodzie Wlora. Mieszka tam na stałe ok. 10.000 osób.

Miejscowość tyle nieduża, co bardzo urokliwa.
Widać jak z roku na rok się rozwija.
Ile robione jest "pod turystów".
Nie ma tutaj wielkich hoteli, więcej jest mniejszych, kameralnych,
częstokroć rodzinnych pensjonatów z kilkunastoma pokojami dla gości.

 Gdy tylko spojrzymy o poranku na wodę zaatakuje nas feeria barw
i blask odbijającego się od fal słońca.
Wzdłuż promenady (krótkiej ale jednak) w Ksamilu rozmieszone są knajpki,
bary, stoiska z materacami i innymi dmuchanymi akcesoriami do wody.
My osobiście żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ze sobą maski do nurkowania
- co jak co, ale ta przejrzystość wody u nas jest niespotykana.

Cenimy sobie spokój, gdy chcemy odpocząć,
dlatego na wakacje zwykle wybieramy się przed lub po sezonie.
Dzikie tłumy, które wraz z zakończeniem roku szkolnego napływają
w te urocze miejsca psują mi ich odbiór i radość z przebywania.
Szum morza, lekki wiaterek, dobra książka - tak odpoczywam najlepiej.


 

 W Ksamilu nie kupicie jakiś super-wyszukanych pamiątek.
Bez problemu za to dostaniecie lokalne przyprawy, oliwę, konfitury
i inne tego typu produkty, które na upominek świetnie się nadają.
Nie musieliśmy na szczęście korzystać, ale przy głównej ulicy znajduje się również apteka,
gdzie - co warto podkreślić - leki kupuje się bez recepty !
W Albanii tak już po prostu jest :)
***
Atrakcje dla najmłodszych i nie tylko
- oczywiście, że coś się znajdzie.
Podejrzewam, że w sezonie nawet więcej.
Jest mini lunapark
(karuzela i pociąg dla najmłodszych oraz samochodziki - moje ukochane !!!).
Autodrom uwielbiam, chociaż zwykle wracam z siniakami na kolanach - to nic !
Jednego wieczoru po skończonej, tłumnej jeździe, a mając ochotę na więcej -
zaprosiliśmy do kolejnej przejażdżki kilku miejscowych chłopców.
Jakaż była ich radość z tych żetonów i kilku minut darmowego szaleństwa.
Warto pamiętać - dla nas to 3 zł (100 lek),
a oni jedynie raz na jakiś czas mogą sobie pozwolić na takie atrakcje.
Albania to wciąż kraj, w którym żyje się skromnie i zarabia niewiele.
Oczywiście, że są od tego wyjątki i nie raz spotkacie tam luksusowego mercedesa
na albańskich "blachach", jednak w przeważającej części to ludzie,
którzy żyją za 200-300 euro/m-c i aktualnie to turyści są głównym źródłem ich dochodu.
Polaków kochają, uczą się słówek (ja po albańsku zapamiętałam jedynie faleminderit - dziękuję),
zawsze służą pomocą i uśmiechają się serdecznie.
W ostatni dzień mieliśmy jeszcze jeden, niewykorzystany żeton
- powędrował do chłopca (musicie wiedzieć, że dzieci również tam pracują),
który codziennie chodził po plaży i sprzedawał pączuchy
 - nawet chciał dać jednego w zamian,
bo w ogóle się nie spodziewał takiego gestu.
Jego radość była ogromna !
Natychmiast pobiegł pochwalić się kolegom :)
***
Przy samej plaży można wypożyczyć rowerki wodne i kajaki,
do dyspozycji turystów są również banany latające za motorówką
oraz skutery wodne.
Jest jeszcze coś dla dzieci - przy naszym hotelu była duża huśtawka,
ale nieopodal (przy głównej drodze) jest cały park z takimi huśtawkami :)
Kto nie lubi huśtawek ?
Pewnie, że wlazłam !  ;)





 Warto pokręcić się po okolicy -
tak jak w ubiegłym roku byliśmy ostrożni, tak w tym już łaziliśmy tam i siam.
Ja niejednokrotnie mając dosyć leżenia szłam na spacer sama i co ważne -
tam nikt nie zaczepia, można się czuć komfortowo.
Nie namawiają do kupowania, gdy wejdzie się głębiej poprzymierzać
kapelusze czy okulary przeciwsłoneczne.
To takie... wspaniałe, gdy ma się doświadczenia z krajów arabskich,
gdzie ciągną za ręce, koszulkę i jesteś z mety "best friend'em", co dostanie "good price"
- i tak każdego dnia, do znudzenia.

Na poniższych zdjęciach kontrast, o którym pisałam wcześniej -
widać, że dla turystów się starają, jednak sami żyją w nienajlepszych warunkach.
Rozwijają się i dobrze wykorzystują pieniądze zostawione tam przez turystów.
W naszym pensjonacie (Murati) było czysto i miło,
na dole znajduje się restauracja z przyjemnym widokiem na morze.
Obiekt ten w całości przeznaczony jest dla Polaków
(w pokojach jest dekoder nc+ z polską telewizją, nieduża lodówka,
klimatyzacja - płatna w recepcji 15 euro za dwa tygodnie,
aneks kuchenny z naczyniami i czajnikiem elektrycznym).
Biuro podróży dosyć fajnie zorganizowane i jak za te pieniądze (1899zł /os. za 15 dni)
- naprawdę nie można narzekać  !
Rezydentka na miejscu niemal codziennie (z uwagi na wycieczki i cotygodniową zmianę turnusu).
Dwa tygodnie, ze śniadaniami, blisko do plaży,
dwa razy w tygodniu wymieniana pościel i ręczniki,
nam w zupełności to wystarczało do szczęścia.

Z istotnych informacji - łapcie greckie sieci komórkowe w miarę możliwości
(ja korzystałam z Cosmote), za połączenia i sms'y z albańskiej sieci zapłacicie jak za zboże.
Więc wybieranie manualne i szukamy GR ;)
Za to Internet jest wszędzie - na plażach, w knajpkach, w pokoju :)

Dlaczego warto zapuszczać się dalej ?
No bo można okryć nowe miejscówki, fajne widoczki
i.... najradośniejszego śmieciarza na świecie !
Grzebał w tych pojemnikach i śpiewał na cały głos szczerząc niekompletny uśmiech.
Ehhhh.... okropnie już tęsknię za tym miejscem.


 
 Są nawet organizowane imprezy dedykowane Polakom ;)
Ten "plakat" wzbudził niemałe zainteresowanie wśród miejscowej starszyzny.

 Muszla piękna prawda ?
No więc - jeśli chcecie podobną,
albo w ogóle jakąś pamiątkę nie "jedzeniową" lub nie z Chin,
to należy wsiąść w miejski autobus, wybulić 100 leków i podjechać do Sarandy :)

To portowe miasteczko, do którego przypłynęliśmy w pierwszy dzień.
Są palemki, promenada, kawiarnie i restauracje, drogie butiki,
salony fryzjerskie i kosmetyczne, stragany i kioski z suwenirami,
lodziarnie, kluby nocne,
mnóstwo wysokich hoteli, a sporo z nich ma fundamenty w wydrążonej skale !
Jest nawet bunkier w samym centrum, a w jego wnętrzu
- jeśli dobrze pamiętam - sklepik.  

 



 Weszliśmy też do kwiaciarni - więcej tam pamiątek, dodatków,
ramek i wazoników niż samych kwiatów...
Dlaczego ?
Zobaczcie jak są przechowywane, to zrozumiecie ;)




 
 O ! A to była taka dmuchana poducha-plac zabaw na wodzie.
Za kilka euro można się na tym bawić przez pół godziny :)
Myślę, że to atrakcja nie tylko na dzieci ;)


 
 



 W takich ruinkach z zapadająycm się dachem jak na powyższym zdjęciu,
 w miasteczku, które aktualnie liczy 32 tys. mieszkańców wciąż się mieszka.
Na balkonie nawet leżał psiak.
***
Kolejne miejsce, które chciałabym Wam przybliżyć mieliśmy okazję zobaczyć
na jednodniowej wycieczce, którą wybraliśmy z oferty naszego biura jako jedyną
(interesująca była jeszcze wycieczka jeepami, ale 70 euro od osoby to zdecydowanie za dużo).
W ramach tego wyjazdu zobaczyliśmy dwa miejsca.
Pierwsze z nich to Blue Eye (Niebieskie/Błękitne Oko).
Fantastyczne kolory!
Krystalicznie czysta i lodowata woda, ta zieleń dookoła i... niespotykanie piękne ważki !
W Internecie na jego temat można przeczytać np.:
 "To urokliwe źródło o głębokości około 45 metrów,
z którego wypływa tworzący rzekę strumień wody.
Nazwa Blue Eye pochodzi od intensywnie błękitnego odcienia wody,
która tworzy tu pierścień o ciemniejszym kolorze wewnątrz
i jaśniejszym na zewnątrz, co przypomina niebieskie oko.
Woda wypływająca spod skały ma temperaturę około 10 stopni Celsjusza,
dlatego nie nadaje się do kąpieli."

Oczywiście na miejscu jest także restauracja, więc wręcz wskazane jest posiedzieć tam dłużej.
Widziałam auta i motory z Polski na parkingu ! :)
Rozkoszujcie się widokiem...





 
Tak sobie ślicznie latają....

 

 
Odlatujemy jak ta ważka i lecimy prosto do drugiego punktu naszej wycieczki.
I tym oto sposobem jesteśmy w... Gjirokastrze.
To miasto muzeum. Miasto Tysiąca Schodów. Wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
To właśnie tutaj urodził się były prezydent albański i dyktator - Enver Hodża.
Dopiero w 1991 roku (6 lat po jego śmierci) rozpoczęła się demokratyzacja kraju
i faktyczne wychodzenie z izolacji.

Charakterystyczne dla tego miejsca szare dachy domków wykonane są z łupków.
Nad miastem góruje starożytna twierdza, w której murach mieści się muzeum militarne
(coś dla panów), a w podziemiach długo funkcjonowało więzienie dla więźniów politycznych.

 
 Mnie najbardziej ucieszyła przypadkowa obecność zespołu tanecznego w tradycyjnych,
albańskich strojach i... mikro plan teledysku - nie wiem co to była za albańska gwiazda,
ale wyglądała pięknie :) 
 
 Schodząc z powrotem do miasteczka można kupić pamiątki, ziółka od babuszki
(nie każdy wie, że Albania jest europejską stolicą marihuany - tak, to tutaj się ją "produkuje")
oraz doskonale zobaczyć.... że dalej są w Europie miejsca, gdzie czas stanął w miejscu w PRL'u.
Czy to nie urocze ?
 
 Odwiedziliśmy też muzeum etnograficzne,
dzięki czemu mogliśmy zobaczyć jak niegdyś mieszkali -oczywiście ci bogatsi.
Na zdjęciu poniżej widać taką piękną antresolę, prawda ?
Służyła do "przechowywania" dzieci, podczas, gdy na dole w pokoju bawili się dorośli.
Zobaczyliśmy też kuchnię, pokój, który był przeznaczony tylko dla mężczyzn
(kobiety nie miały tam wstępu), sypialnię, pokój rodzinny oraz miejsce, w którym panie tkały i szyły.

 
 Były sklepiki, których asortyment przypominał nasze jarmarki staroci,
ale były też stoiska z chińszczyzną, której wszędzie pełno... niestety.
Po obiadku wróciliśmy do naszego ukochanego Ksamilu
i już nigdzie się stamtąd nie ruszyliśmy.
Gdyby jednak komuś było mało - odsyłam do ubiegłorocznego postu, w którym pisałam
- również rzut beretem i dojazd podmiejskim autobusem za 100 leków.

Słowem - południowa Albania jest fantastyczna !
Mam nadzieję, że ta mała wycieczka Wam się podobała
i z przyjemnością oglądaliście zdjęcia :)

Pozdrawiam słonecznie
Magda




wtorek, 4 lipca 2017

Mój subiektywny przewodnik kulinarny po Albanii (Ksamil)


Chciałabym, aby seria moich albańskich postów była nie tylko przewodnikiem dla tych,
którzy w bliższej lub dalszej przyszłości wybierają się do tego kraju,
ale również wskazówką dla tych, którzy wciąż się wahają czy warto tam spędzić urlop.

 Troszkę czasu mi zajęło zanim obmyśliłam plan
 jak najpełniej pokazać Wam Albanię w kolejnych odcinkach.

I tak.... dzisiaj ostrzegam przed wchodzeniem na bloga na głodniaka
- rzecz bowiem będzie o jedzonku i napojach z tego regionu.

Kolejny post planuję zrobić o samym Ksamilu i jego zakamarkach,
może też napiszę troszkę o samym biurze podróży,
z którego skorzystaliśmy w tym roku,
a jeszcze następny o tegorocznych wycieczkach po okolicy
- czyli co warto zobaczyć, a co niekoniecznie :)

No to zaczynamy !
 Po pierwsze i najważniejsze - muszę zaznaczyć wyraźnie, że w Albanii
nie stosuje się oprysków wszelakich,
a co za tym idzie wszystkie warzywa i owoce
oprócz tego, że przepyszne i niedrogie są BIO !
Sklepy z nimi znajdziecie zarówno w większych jak i mniejszych miasteczkach.
Tu na zdjęciach akurat sklep z Sarandy, ale u nas tez niczego nie brakowało :)

Fantastyczne pomidory, oliwki, sałaty, sery, oliwy i konfitury.
Słodkie i dorodne czereśnie, arbuzy, figi, gruszki, nektaryny i cytrusy.
A wszystko to zdecydowanie tańsze niż w naszych sklepach.
Połówka dorodnego arbuza to koszt ok 80-90 lek, a kilogram czereśni kosztuje poniżej 200 lek.

Aby ceny Wam coś mówiły podpowiem, że 100 albańskich leków,
to aktualnie równowartość ok 3,20 zł
(Euro wymienimy na Leki bezproblemowo nawet w hotelach i sklepach,
w restauracjach można również płacić w Euro - reszta zostanie wydana w Lekach).
 Takie pyszne, świeże owoce fajnie zabrać ze sobą na plażę,
jeśli jednak o tym zapomnimy, to nic straconego !
  Każdego dnia po plaży krążą panie, panowie oraz dzieci ze świeżymi owocami
oraz słodkościami z głębokiego tłuszczu (takie racuchy-pączuchy
w kształcie oponki lub kulek - te drugie można kupić polane sosem czekoladowym).
Koszt bez względu na rodzaj - 100 lek.

 Pozwoliłam sobie zrobić dla Was mapkę wartych odwiedzenia miejsc :)
Zapytacie po co ?
Ano po to, żeby znajomi,
którzy już niebawem będą mogli cieszyć się swoim pierwszym pobytem w Ksamilu,
wiedzieli gdzie warto zajrzeć, przysiąść i zjeść lub wypić coś dobrego :)
Zaznaczyłam na mapie kilka punktów.
Jest tam. m.in. nasz hotel, w którym również mieliśmy restaurację.
Jedliśmy w niej dwukrotnie (pierwszy raz był to krem brokułowy z krewetką
oraz idealnie miękkie polędwiczki wieprzowe, za drugim razem makarony -
carbonara i bolognese).
Jedzenie smaczne, świeże, z przemiłą obsługą, słowem - godne polecenia.

Idąc w stronę morza na rogu mijamy (zaznaczony na zielono) fast food, których wszędzie pełno.
Przyznam szczerze raz skusiliśmy się na taką kolację
- pita gyro z frytkami za... no właśnie 130 czy 180 lek.
Jakoś tak :)
Powiem otwarcie - w smaku nic specjalnego, ale i nie miałam takich oczekiwań.
Kebab jak kebab, kolejnego dnia oboje przekonaliśmy się jednak o tym,
że nasze żołądki nie były gotowe na takie jedzenie.
Taniutko - to fakt, ale ja - odkąd pamiętam - z kebabami mam nie po drodze,
tym bardziej w miejscu, gdzie mamy dookoła tyle innych, wspaniałych rzeczy :)
 I w tym miejscu przychodzi czas na opisanie - moim zdaniem -
najlepszej restauracji w Ksamilu.
Zawsze miła obsługa, przepyszne jedzenie, zawsze można też liczyć na czekadełko (zdjęcie poniżej)
- pasta twarogowa ze świeżym pieczywem, a przede wszystkim obłędny widok !
Tak w kilku słowach można opisać Restaurację Guvat.
 Zajadałam się tam wielokrotnie owocami morza, ale i osoby,
które za nic w świecie nie chcą ich spróbować znajdą tutaj coś dla siebie.
Region ten słynie ze wspaniałych małży - smakują wyjątkowo !
Risotto było kremowe, maślane, a ten sos !
Soczysty, drobiowy shish kebab z młodymi ziemniaczkami i szpinakiem też
znajdzie swoich fanów - jestem przekonana.

 Ponadto linguni z owocami morza lub samymi krewetkami, ośmiorniczki,
kalmary, musaka, kotleciki wieprzowe w sosie, smażony (podobny jak w Czechach) 
lub grillowany (bardziej w typie feta) ser  - wszystko wspaniałe !






 Wypijecie tutaj też takie piękne drinki na bazie świeżo wyciskanego soku
oraz bardzo dobrą, aromatyczną kawę.
Pożegnalną kolację osłodził nam deser - banana split -
oczywiście, że polecam !
Zdjęcia brak, ale ktoś wrzucił na tripadvisora i wygląda tak >> klik
Porcja zdecydowanie dla dwojga !

  Menu z cenami - może coś dojrzycie (u mnie to lepiej na telefonie widać) :)
Powiem tylko - micha muli w winie 600 lek (niespełna 20 zł) - bajka !
Dobra rybka też jest zaznaczona na mojej mapie.
Idąc z Guvat'a  w stronę hotelu miniemy biało-niebieskie Mojito, a kawałek za nim niepozorna,
rodzinna knajpka z uroczym widoczkiem.
Dorada z frytkami i sałatka - bardzo dobre jedzonko :)


 Z kolei przed Mojito znajduje się Restauracja Korali.
Raz zjedliśmy tam obiad.
Szczerze mówiąc nie do końca rozumiem zachwyty nad tą miejscówką
(dla zainteresowanych więcej do poczytania >>> tutaj).
Musaka ok, ale w Guvat lepsza, bo więcej mięska, natomiast makaron z krabami -
taki sobie. Najciekawszy z tego był niestety... talerz.
 A teraz opcja "na studenta", bo... można jeszcze taniej.
Jedną ze znanych, albańskich przekąsek - choć nam starczyło to za obiad -
jest tzw. Byrek (Burek, Byrektore).
Kilka warstw ciasta, które w moim odczuciu jest połączeniem cista filo i francuskiego (tak smakuje)
z różnymi farszami - danie raczej z tych tłustych i sycących.
Serwowane są w wielu miejscach, na gorąco.
Koszt - uwaga!!! - 25-50 lek.
Mogą mieć farsze mięsne, ale i wegetarianie znajdą tutaj coś dla siebie (szpinak, ser, cebulka etc.).
 Pizza też należy do tańszych opcji - znaleźliśmy bardzo fajną pizzerię.
W zasadzie na każdym kroku widać tam piece do pizzy.
Jednak pozostaliśmy (od ubiegłego roku) wierni tej jednej pizzerii.
Nazywa się Rei-Rai, a do wyboru ma kilkanaście, różnych kompozycji.
Cienkie ciasto, smaczne dodatki, super serek i... litr domowego wina za 20 zł (!)
Czego chcieć więcej ?


 Co do picia ?
Wino tzw. domowe (home wine)- dostępne w każdej knajpce, w każdej smakuje inaczej.
W tym roku nie trafiłam na złe (szczęściara!) - białe lub czerwone,
zawsze wytrawne.
Możliwość zamówienie półlitrowej lub litrowej karafki.
Ceny od 400-1000 lek

Smakosze piwa również znajdą coś dla siebie. Jest Tirana, Korca, Stella, ale i Heineken.
Na plaży sprawdzało się miksowane z ichniejszą fantą :)
Drinki zwykle kosztują ok 500-600 lek
- do wyboru, do koloru, jakie się lubi (tequilla sunrise, mohito, margerita etc.).
I w tym miejscu zachęcam do spróbowania ich w beach barze (bez nazwy)
przed restauracją Redi (zaznaczona na mapie).
Mam dla Was nawet tajemny przepis na jeden z takich pysznych drinków, 
który dodam na sam koniec ! :)
Co jeszcze istotne w temacie Albanii, to woda.
Ta z kranu nie nadaje się dla nas do picia, mycia zębów, a nawet gotowania na kawę czy herbatę.
Już na samym początku pobytu warto zaopatrzyć się w dużą butlę niegazowanej "mineralki".
Dzięki temu pobyt minie przyjemnie, bez rewolucji żołądkowych.

Spostrzegawcze osoby zauważą na mojej mapie jeszcze jeden zielony okrąg.
To (również malowniczo położona) restauracja Legisi.
Poszliśmy tam ze zwykłej ciekawości - zamówiliśmy deskę serów, sałatkę i wino.
Jednak bez szału, niby dobre, ale jakoś tak.... ubogo.
Sałatka bez żadnego vinegret'u, serki - z tego co pamiętam - 4 rodzaje,
ale niewiele ich na talerzu, co powoduje, że to zdecydowanie taka nieduża przekąska.
Ostatecznie moja opinia jest neutralna.

Na koniec obiecany przepis na pycha drina,
zapraszam do baru :)

***
 Gdyby to było możliwe wróciłabym chętnie, choćby zaraz :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...